Skip to content

Restless – Miasto grzechu

Heavy Metal…? Hard Rock…? Ja od trzydziestu lat gram rock’n’roll.

Tak miał ponoć kiedyś powiedzieć Lemmy Kilmister, nagabywany przez jakiegoś dziennikarza–systematyka szukającego szufladki dla Motörhead. Właśnie to mi przyszło do głowy po kilku pierwszych taktach „Zbiega” otwierającego płytę „Miasto grzechu” warszawskich Restless.

Zaczęli mocno i przyjemnie, nastawiając na rozwój napięcia w stylu hitchcockowskim. Z racji zainteresowań najbardziej przysłuchiwałem się sekcji rytmicznej, której daję wysokie noty za styl. Od początku, a szczególnie w drugiej części „Zbiega” równo, czysto, solidnie – i nie monotonnie. Przez cały krążek cieszą ucho zmiany tempa i różnorodne brzmienia wzbogacające klasyczną rockową konwencję.

W pięknych latach 80-tych każda szanująca się płyta rockowa musiała mieć jedną, czasem dwie ballady „do radia”. „Nie patrz na mnie” i „Piszę do ciebie wiersz” wpisują się w ten trend. Ten drugi numer z pewnością jest mocnym kontrapunktem i pokazuje wrażliwą stronę zespołu, ale dla fanów mocnego grania może to być trudny test cierpliwości.

Tytułowe „Miasto grzechu” wywołało u mnie cały kalejdoskop skojarzeń. Od oczywistego (wraz z okładką płyty) nawiązania do kultowego komiksu, po delikatny powiew Guns’n’Roses czy nawet Iry. Nie ma nic niestosownego w odegraniu protest-songu, ale… „Use the force!”, niech nastanie bunt i rebelia! Niech wypadają szyby i dudnią dechy!

„Zbieg”

Podobne odczucia towarzyszyły mi właściwie przez cały czas, podczas kolejnych odsłuchów. Płyta jest solidnym blues-rockowym rzemiosłem, z wieloma jaśniejszymi punktami. Od starego rockmana duży plus za przybliżanie publiczności klasyki sprzed dekad. Chciałbym jednak słyszeć więcej „pazura” w wokalu i gitarach. Muzycy to zawodowcy, produkcja też jest profesjonalna, więc z pewnością celowa, ale czasami wypolerowana na zbyt gładko. Youtube przekonuje, że na koncertach Restless jest pełno energii, a odrobina gruzu i zgrzytu wychodzi im na dobre.

Disclaimer: Powyższa recenzja nie jest recenzją w rozumieniu żadnego kodeksu, ani w żadnym innym sensie. W zasadzie jest bez sensu. Jest to opinia amatora i fana muzyki, który żywi szacunek do zawodowych twórców i ich dorobku, nawet, jeśli nie trafiają w jego gusta.

Ocena:

Rating: 3 out of 5.

Można. Taką ocenę otrzymują tu produkcje obiecujące, ale jednak troszeczkę oddalone od oczekiwań.

Published inrecenzje

One Comment

  1. Absolutnie podpisuję się pod recenzją! Dzięki!

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: